Info Dodatkowe > Ciekawostki
Pan Bieganek na etiopskiej kolacji
Fragment powieści dla młodzieży “Z panem Biegankiem po Abisynii” Mariana Brandysa, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 1974


“ (...) Na zaproszenie monsieur Bernarda przeszliśmy do jadalni, gdzie czekał na nas biało nakryty stół, zastawiony przysmakami abisyńskiej kuchni.
Ku wielkiemu niezadowoleniu pana Bieganka kolacja okazała się bardzo skromna, składała się głównie z krajowego chleba, “indżera”, oraz z dużej miski brunatnego sosu mięsnego o nazwie “uot”. Poza tym były jeszcze rozmaite sałatki jarzynowo-owocowe z bananów, dyni i jeszcze czegoś, abisyńskie piwo “talla” i wino z miodu “tedż” - w okrągłych glinianych karafkach z długimi wąskimi szyjkami.
Abisyński chleb, indżera, był rodzajem podpłomyka i przypominał z wyglądu ogromne, cieniutkio pokrojone płaty bardzo porowatej gąbki. Smakiem jednak nie różnił się wiele od naszego żytniego chleba. Natomiast sos uot...
Nie, o sosie uot trzeba opowiedzieć bardziej szczegółowo.
Ato Kasa Amanuel – po wyliczeniu nazw poszczególnych składników uczty – wyjaśnił nam, że wszystko to je się bez używania łyżek, widelców i noży. Indżerę odrywa się po prostu palcami po kawałku od macierzystego płata i macza się, również przy kawałku palców, we wspólnej misie sosu uot.
Ten sposób jedzenia palcami był dla nas nowy i trochę krępujący, więc Paweł i ja ociągaliśmy się z rozpoczęciem kolacji, czekając na gospodarza. Co innego pan Bieganek. Dla niego nie istaniały przy jedzeniu żadne trudności. Bez namysłu oderwał spory kawałek indżery,obmaczał go na wszystkie strony w gestym sosie, starając się zagarnąć pod chleb jak nawięcej kawałków mięsa, po czym zwinął to wszystko w smakowity kąsek i wsadził sobie w usta.
Do tej chwili wszystko szło pieknie i gładko. Ale po przełknięciu indżery i uotu nasz przyjaciel raptownie poczerwieniał, zakrztusił się i – z oczami pełnymi łez, z szeroko twartymi ustami – począł spazamatycznie oddychać, jak człowiek, któremu grozi uduszenie.
W pierwszej chwili Paweł i ja trochę się przestraszyliśmy, bo wyglądało to dosyć groźnie, ale Kasa Amanuel nawet nie drgnął, a monsieur Bernard tylko się lekko uśmiechnął i powiedział współczująco:
- Bardzo pana przepraszam, zapomniałem uprzedzić, że sos jest ostry. Dla człowieka nie przyzwyczajonego...
Ale duma pana Bieganka nie znosiła żadnego współczucia. Potęgą woli opanował odruch słabego ciała, otarł łzę i rzekł tonem Miciusa Scaevoli1, kładacego rękę w ogień:
- Ostry? Przesada, jadłem już rzeczy ostrzejsze.
Dla potwierdzenia tych słów oderwał nowy kawał indżery i jeszcze obficiej skąpał go w brązowym sosie.

Wtedy i my zdecydowaliśmy się na skosztowanie niebezpiecznego przysmaku. Chociaż uczyniliśmy to bardzo ostrożnie, reakcja była równie silna, jak u naszgeo towarzysza, i spłakaliśmy się jak bobry. Paweł oświadczył, że po zjedzeniu miski uotu można śmiało występowac w cyrku w chrakterze połykacza ognia. Ale to chyba była przesada, bo trzeci kęs indżery z uotem przeszedł nam przez gardło już zupełnie gładko. Przy tym ta potrawa abisyńska była diabelnie smaczna. Pan Bieganek w dalszym ciągu biesiady tak przypiął sie do miski z ognistą ingrediencją, że dwa razy musiałem go odciagnąć od niej siłą.
Z niemałym zdziwieniem dowiedzieliśmy się od Kasy Amanuela, że dwoma głównymi składniami znakomitego sosu są: czerwony pieprz abisyński “berberie” oraz... stare masło.
Po usłyszeniu tej rewelacji pan Bieganek od razu chwycił się za brzuch i stwierdził, że czuje się “jakoś nieszczególnie”. Ale Abisyńsczyk go uspokoił, że stare masło w sosie z pewnością mu nie zaszkodzi. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że w Abisynii od tysiąca lat używa się starego masła jako środka leczniczego. Im masło jest starsze, tym lepiej działa. Masłem dwuletnim karmi się nawet niemowlęta, aby zabezpieczyć je od rozmaitych chorób.
Przypuszczam, że polskim czytelnikom ten abisyński zwyczaj wyda się jakimś barbarzyńskim zabobonem. Ale nie śmiejcie się z niego przedwcześnie, moi mili. Jezeli Abisyńczycy od tysiąca lat leczą swe dzieci starym masłem, to z pewnością coś w tym jest. Podróże po dalekich kraach nauczyły mnie, że w każdym starym zwyczaju ludowym kryje się jakaś mądrość. Dlatego wcale bym się ie zdziwił, gdyby pewnego dnia europejscy uczeni nagle odkryli, że stare masło zawiera w sobie czynniki bakteriobójcze. Przecież i cudotwórcza penicylina zaczęła się od pleśni, pajęczyn i innych podobnie nieapetycznych rzeczy.
Po zjedzeniu indżery i uotu zabraliśmy się do napojów. I oto nowa osobliwość. Okazało się, że abisyńskie piwo talla przyrządzają zawsze kobiety, natomiast produkcja wina tedż zastrzeżona jest wyłącznie dla mężczyzn.
Pan Bieganek, jak zwykle, okazał się dżentelmenem.
- Szacunek dla płci pięknej – powiedział – każe mi rozpocząć od piwa.
I z godną miną nalał sobie pełną szklankę ciemniejszego płynu. Ale po nadpiciu pierwszego łyku straszliwie się skrzywił i szybko osunął od siebie napoczętą szklankę.
- Dopiero teraz sobie przypomniałem, że ten austriacki lekarz zabronił mi pić piwo - usprawiedliwił się. - o winie nic nie mówił. Wino jest podobno znacznie zdrowsze.
Wobec tego my także nie próbowaliśmy już piwa i zabraliśmy się od razu do tedżu.

Tedż okazał się znakomity. Był to zwykły miód rozpuszczony w wodzie i sfermentowany z jakimiś abisyńskimi liśćmi. Smakował jak lekkie białe wino i działał rozweselająco.
Smaczna kolacja rozbudziła w nas wielką ciekawość dla kuchni abisyńskiej. Zaczęliśmy wypytywać Kasę Amanuela, co jego rodacy najchętniej jedzą poza indżerą i uotem.
Ale Abisyńczyk nie zdradzał wielkiej ochoty do wynurzeń na ten temat.
- Moi drodzy – powiedział – dla cudzoziemca w nieznanym kraju wszystko jest albo dziwne, albo śmieszne. W pierwszych dniach moich studiów w Paryżu również wiele rzeczy mnie tam śmieszyło i dziwiło. Rozumiem więc, że i wy chcecie jak najwięcej pośmiać się i nadziwić. Ale uprzedzam: Etiopowie są dumni i bardzo nie lubią, kiedy europejscy goście wyśmiewają stare zwyczaje ich ojczyzny.
Na koniec jednak dał się ubłagać i wyjawił nam pewną rzecz – zarazem dziwną i zabawną.
Powiedział nam mianowicie, że najulubieńszym tradycyjnym przysmakiem Abisyńczyków jest surowe mięso.
U narodów pasterskich, bytujących w prymitywnych warunkach, upodobanie do surowego mięsa jest rzeczą zupełnie naturalną. Nie ma w tym jeszcze nic dziwnego. Ale sprawa ie kończy się na tym. Częste spożywanie surowego mięsa wywołuje u Abisyńczyków przykrą chorobę zwaną tasiemcem. Ta nieprzyjemna dolegliwość przybiera w Abisynii rozmiary masowe. Prawie każdy Abisyńczyk co pewien czas zapada na tasiemca. Jedynym lekarstwem na tę chorobę jest wywar z liści abisyńskiego drzewa “koso” - najsilniejszy na środek przeczyszczający. Ale chory musi wtedy porzucić wszelkie zajęcia. Nic więc dziwnego, że przy masowych zachorowaniach na tasiemca kuracja koso powoduje pewne trudności i zahamowania w działalności całego aparatu państwowego. W Abisynii zdarza się, że klient przychodząc do biura lub urzędu znajduje drzwi zamknięte, a na drzwiach kartkę z lakonicznym napisem: Nieczynne z powodu kuracji koso. Przedłuża to bardzo załatwianie wielu spraw prywatnych i państwowych. Dlatego rząd coraz energiczniej zwalcza stary zwyczaj jedzenia surowego mięsa. Smakosze abisyńscy ogromnie ubolewają z tego powodu, ale racja stanu jest ważniejsza.
Zainteresowała nas ta historia. Pan Bieganek – który od czasu swej niedyspozycji uważał się za wybitnego specjalistę w dziedzinie chorób żołądkowych – wypytywał Abisyńczyka, jak wyglądają drzewa koso i jak się sporządza ów leczniczy wywar. Na koniec, żeby pocieszyć Kasę Amanuela, powiedział:
- U nas nie jedzą surowego mięsa, ale załatwianie spraw w urzędach także trwa bardzo długo. Widocznie takie już czasy.

(...)

Po kolacji przeszliśmy znowu do saloniku i “człowiek ze szczepu Szankilla” przyniósł kawę. Kawa była świetna, podana po abisyńsku – w małych filiżaneczkach z dwoma uszkami. Kasa Amanuel szybko wychylił swoją filiżankę, po czy wstał i skłonił się gospodarzowi.
- W Etiopii podanie kawy – wyjaśnił – to znak, że goście powinni już zakończyć swoją wizytę.
Pan Bieganek szybko zapisał to w zielonym notesie, a następnie dał wyraz swojemu zdziwieniu.
- Zabawny kraj ta Etiopia – powiedział – w Polsce wszystko zaczyna się od kawy, w Etiopii na odwrót: na kawie wszystko się kończy. (...)”
Handmade, silver jewellery - JM Popiel